środa, 25 kwietnia 2012

Varanasi.

Spędzając razem kolejne niezliczone minuty w rikszy Suphan powiedziała mi pewnego dnia "chcę zmienić Indie"...hmmm.
Jasne że to wsztko co nas tutaj otacza....czyli jak nie koń czy krowa stercząca na środku ulicy to wielbłąd, jakiś wrzask kogoś nie wiesz czy to radość czy lamęt, ktoś pali ognisko, inny ktoś rozkłada swój drewniany stragano wózek, albo właśnie go ciągnie brocząc po łydki w wodzie w swoich klapkach nie do kompletu...bo coś sie zalało i wylało, jakiś samochód jedzie właśnie na ciebie pod prąd. Jasne że to wszytko potrafi przytłoczyć i powoduje w tobie to uczucie, że żal ci losu tych wsztkich ludzi....ale czy nie znajdziesz tego uczucia w każdym miejscu na świecie...że zawsze ci kogoś będzie żal, albo zawsze czegoś komuś będziesz zazdrościł...bo każdemu czegoś w tym danym momencie życia brak....zawsze chcemy tego czego akurat nie mamy...
Ale wracając do Indi i do empati czy przejęcia Suphon tutejszym losem tryliona ludzi...hmm odpowiedziałam tylko - powodzenia!
Indie są jakie są, albo je kochasz albo nienawidzisz, tyle, koniec, proste! i najlepiej zostaw i nie ruszaj, niech sie toczą dalej swoim trybem. Jest to zupełnie inny świat i tylko ten kto tutaj był wie, jak bbb inny, więc po co go zmieniać, tylko dlatego że jest inny?!
Jeśli chcesz wakacji bez oglądania tego wszytkiego, to jedziesz do super resortu w Tajlnadi czy na Barbados i już.

Varanasi było idealne i czymś czego potrzebowałam....totalnie przez przypadek pierwszego dnia znazłam tam Ashram w którym spędziłam cały dzien. Piękny ogród, mango prosto z drzewa, przyjemna chłodna bryza znad Gangesu (to może brzmi lekko odrzucająco, ale wszytko to co czytałam o Varanasi, że smród i rzeka ściek....no Rawa jest w dużooooo gorszej kondycnji niż obecnie Ganges)....i ciekawe towarzystwo spowodowało, że pierwszy dzień w Varanasi pozostanie dla mnie na zawsze w pamięci.

Turecki host dał radę i byl jednym z tych idelanych hostów:) wifi, czysty dom, a właściwie mieszaknie jak kopiuj wklej z Turcji, duże, przestronne, czyste, kanapy, tivik i nawet turecki czaj zagryzany koftą z grila.
Upał w Varanasi dał nam popalić, ponad 40 stopni, na szczęście miasto z upływem wielu wielu lat przygotowało się na to i możesz w mini wąskich i zacienionych uliczkach spędzić cały dzień. Chodząc po markecie, targując sie o kolejną bransoletkę, suwenira, torbę czy spodnie, albo popropstu usiąść w jednej z tysiąca mini "herbaciarni" i napić się masala czaj czy zjeść pycha dose z warzywami czy paneerem.
Jednego dnia wybrałam sie do Sarnath, miasteczka oddalonego od centrum 10 km. Archeologiczny must jak mówi LP, miejsce pierwszego kazania Buddy. Fajnie, fajnie jak ktoś lubi kupe kamieni z II czy III w pne:)
Pozatym po Varanasi spodziewałam sie jakiegoś turbo syfu i smrodu przynajmniej jak z szamba, ale albo już jestem przyzwyczajona, albo nie jest tam tak źle jak piszą. Ganges "czysty", bo świadomość rośnie w wiadomym dla nich tego słowa znaczeniu i tępie, ale zawsze.... i zaczynają go oczyszczać, smród jak w całych Indiach, nic nowego....masa turystów, także i handlarze, niby mili....ale jak raz zostało mi przetłumaczone to co mówią do siebie w Hindi przy mnie i o mnie jako turyście....to teraz myślę że pewnie 80% tej naszej radości związanej z tym krajem wynika z tego że nie rozumiemy ich języka:) no ale wiadomo wszędzie znajdzie się kretyn i powstanie jakieś niezrozumienie, a już zwłaszcza w kraju w którym nawet mokrej bielizny nie można wywiesić nawet na balkonie....bo inni zobaczą twoje gacie?!:))

Varanasi jest najważniejszym punktem Gangesu, tutaj zjeżdża sie cały kraj, a i tak liczba mieszkańców to ponad 3 mln, więc to plus wyznawcy hinduizmu, buddyzmy, plus my turyści powoduje, że wieczorem nie da się szpilki wcisnąć nigdzie! Główne ulice, bo jest ich kilka, całe kilkukilometrowe wybrzeże Gangesu jest zawalone ludźmi, rikszami, krowami, motocyklami-wszytkim!!!
Varansi zostało założone przez Siwe i jest jednym z najstarszych miast na świecie, liczy ponad 3000 lat.
Pomimo swojego pokaźnego wieku większość zabytków ma nie więcej niż dwieście lat. Jest to efektem licznych najazdów muzułmańskich, jakie nękały Indie od XVI wieku. Zachowały się nieliczne stare świątynie jak i niektóre ghaty (nadbrzeżne schody).
Miasto jest odwiedzane przez miliony wiernych, gromadzących się na brzegu Gangi w celu rytualnych ablucji, które mają na celu oczyszczenie się z grzechów. Widok rano czy wieczorem niesamowity, tysiące ludzi w rzece, pływa, obmywa się, szoruje mydłem, kąpie się czy modli...w rzece w której my boimy sie nawet palec zanużyć, bo przecież znamy wyniki badań......1.5 miliona bakteri w 100 ml wody, gdzie normą jest 500 na 100 ml. Więc jak oni to robią że żyją?, że modląc sie co rano w nabożnym skupieniu najpierw zanurzają się w rzece, a później stojąc dalej po pas w wodzie nabierają jej w złożone dłonie i podnoszą do ust?!?!
Codziennie w samym tylko Varanasi w Gangesie kąpie się 60 tys. ludzi. Kraży milion histori o tym jakie choroby nękają wiernych pomimo tego nikt nie zaprzestaje tych kąpieli. Można więc powiedzieć, że mieszkańcy Varanasi są gatunkiem zagrożonym.
Wielu starych Hindusów przyjeżdża do Varanasi, by umrzeć. Śmierć w świętym mieście i rozpuszczenie prochów w świętej rzece to wyjątkowo pomyślny koniec żywota. Spacerując wybrzeżem, widzisz starców czekających nad brzegiem całymi miesiącami na śmierć…

W Varanasi dzień i noc płoną stosy pogrzebowe. Zwłoki ułożone w całunie niesie kilka osób w stronę Gangesu i wykrzykuje jakieś zdania. Potem ciało moczy się w rzece, okłada kwiatami i układa na drewno. Następnie kilka osób obkłada ciało drewnem, posypuje jakimś płynem, proszkiem i podpala…Cała ceremonia zajmuje zazwyczaj około 3 h. Nie ma kobiet, nie należy płakać, lamentować czy robić zdjęć. Pali się ciała w odstępie 24h od śmierci i tylko tych, którzy umarli śmiercią naturalną.
Teoretycznie kremacja to bardzo ekologiczny sposób pochówku, gdyby nie to, że nie wszystkie rodziny stać na odpowiednią ilość drzewa na stos i do Gangesu wrzuca się często zwłoki częściowo lub wcale niespalone. Można zobaczyć, jak kruki dziobią niesione z prądem ,,nosze", a psy szarpią ciało, które utkwiło przy brzegu.
Jakieś dziesięć lat temu obok głównego miejsca kremacji w Varanasi wybudowano krematorium elektryczne, ale pracownicy mają mało pracy, bo ludzie są nieufni wobec takiej nowości - narodziny, ślub i pogrzeb to trzy najważniejsze rytuały w życiu, które należy przeprowadzić w tradycyjny sposób, nie ryzykując eksperymentów. Jednak kraj olbrzymi z olbrzymią ilośćią mieszkańców, więc do niektórych rachunek ekonomiczny przemówił, ponieważ tradycyjny pogrzeb kosztuje kilka tysięcy rupii, a w krematorium tylko 50. Co nie znaczy, że zwłoki nie trafiają już do Gangesu. Pewnych kategorii zmarłych, np. świętych mężów, noworodków lub zmarłych na niektóre choroby zakaźne, tradycja hinduska zakazuje palić. Poza tym ludzie masowo wrzucają do wody zdechłe zwierzęta domowe. Sama byłam świadkiem kiedy 3 panów z łódki wrzuciło do wody małe białe zawiniątko do którego był przyczepiony kamień…

Takie było Varanasi, w drodze powrotnej zahaczyłam o Khajurāho. Zespół świątyni, których zewnętrzne ściany tworzą układy splątanych ze sobą postaci. Wiele z nich ma charakter erotyczny, nieraz bardzo śmiały. Wiąże się to ze specyfiką lokalnego hinduizmu, który popierał sekty tantryczne.

No a teraz znowu Dehli...znowu mieszkam z dziewczynami, Suphan mieszka ze swoją też tutejszą koleżanką i właściwie robie nic, przyjmuje tylko zaproszenia żeby pojawić sie na Goa czy gdzieś....no wiem wiem ciężkie życie.

Wczoraj wróciłam, dziś odpoczywam i cieszę się swoim nowym planem...niektorzy już go znają, ale dziś mogę obwieścić oficjalnie, trzymajać bilet w ręce...znaczy na mailu....ze 11 maja udaje sie na wakacje od wakacji do Europy i cywilizacji, ściślej mówiąc do najbliższych mi osób w Szwajcari. Tak!!! to lato spędze z alepjską milką!:))) Kierunek i sama decyzja nawet mnie zaskoczyła, bo zdecydowanie tego nie planowałam, ale tak wyszlo i taki plan zaakceptowałam po kilku dni bicia się samej ze sobą w myślach. Ogólnie szok, bo przecież nie lubię Europy, ale wczoraj wracjąc do Delhi przejeżdżałam przez Agre, Taj Mahal gdzieś mi tam mignął i sobie pomyślałam, ze jeszcze kilka miesięcy temu bym sikała po nogach że ooooo Agra, Taj Mahal aaaa w Indiach....a wczoraj jedyną reakcją na jaką mnei było stać to ooo Agra...no tak...znam:)
Więc cieszę się niezmiernie na ten nowy europejski plan i wiem że nie tylko ja, więc tym bardziej wiem że jest to dobra decyzja. Goa, goa, Nepal i Agra czy Leh też.....ale dziś czuję że chce poprpstu pobyć z kimś kto zna mnie i na odwrót. Co będzie później, przekonamy się później:)

Dużo nas na jednej łodzi.
  Khajurāho.







Ja w wersji taa dziś jest dobry i wygodny dzień:)

I co najważniejsze....specjalne podziękowania za polskiego suwenira wprost z Kolosow....nie wiedziałam co powiedzieć jak go zobaczyłam-bbbbb dziękuję PP i same wiecie ile to dla mnie znaczy!!:))) cmok!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz