poniedziałek, 13 lutego 2012

.....

Kolejny dzien na wyspie, chyba juz nie wiem który....ale za kilka dni zbieram się stąd-obiecuję!:) Do szalasu juz sie bardzo przyzwyczaiłam, mam ulubioną knajpę na plazy....no jest tu dobrze, pomimo tego że wciąz masa turystów, wyspa po tym co widziałam w Indiach nie zachwyca..chociaż wiadomo jest rajska, pelno naciągaczy a ceny jak u nas....no ale ciepło i jest wszytko czego potrzeba zeby zebrac sily na dalsze wojaże.....Poznałam trochę ludzi, nawet z Polski z którymi wybralam sie jednego dnia na ekspolracje wyspy....ponizej kilka fotek:

Wodospad za 20 zł.....


Pralnia i prasowalnia, jak oddajesz rzeczy do prania tutaj, to zeby sie nie pomieszaly z cudzymi znakują je kolorowymi niteczkami:)
Stacja benzynowa.



Fajne ptaszki.
Idealne miejsce na romantisz kolacje:)

:)

piątek, 10 lutego 2012

Ko Chang - day 2.

Dzień spędzony na niczym za mną-uff ciężko było:) Noc wyjątkowa udana, co prawda obudziłam sie lekko pogryziona przez nie wiem co...ale przynajmniej nie mam już tej alergii, którą przywiozłam z Andamanów i którą leczyłam w Indiach i Pattayi. Wczoraj w nocy zaczeło mocno padać, także brałam prysznic w deszczu, bo pod prysznicem dachu nie ma:) bo po co?! Rano się budze i pada dalej, więc pospałam do 13.00, wstałam zjadłam śniadanie i plaża, później knajpa na plaży, słońce zaszło nawet nie wiem kiedy- jak to jest, że nawet jak nie masz co robic to czas leci tak mega szybko?! Wieczorem poznałam spoko Polaków z Gdańska i fajnie sie gadało, co prawda chłopak trochę się zrobił bo tu podaja driny w małych ale wciąż wiadrach...i tak nagle zrobił sie środek nocy....Na jutro generalnie planuje to samo....moze jakis motor i wodospady, ale może jednak pojutrze to zrobię....wciąż nie wiem ile tu bede ale chyba raczej dłużej niz krócej bo fajnie tutaj, małe chatki, mała plaża, wszędzie wifi, targ owocowy....a jak mi się znudzi to pojadę na północ taj...a później Laos...tak myślę....raczej bede szybko opuszczała ten kraj, bo pełno turystów i naciągaczy na kase, chcoiaz podobno Laos jest jeszcze gorszy pod tym względem....no nic przekonam sie sama....Póki co załaczam i startuje z serią zdjęć dla Piotrka pod tytułem zwyczajny dzień, a nie jakieś tam widoczki:)

Budzę sie rano w szałasie i co widze....na moskitierze nademną jakieś liście....nie wiem czy tam byly wcześniej....hmmm(?!). No i tez pierwsza noc w prześcieradło/śpiworze uszytym przez mame:) Bardzo przydatne w upale!
Patrzę w prawo a tam mój pierdolnik...jak był tak jest:)
Wychodzę jeść....po drodze mijam czyjś domek....
Popołudniowego drzemacza...
Znalazłam nowe miejsce na poranna kawe.
Po kawie naleśnik na wynos....myśle sobie zjem go na plaży...naleśnik z drzemem, chociaż wyglada jak ketczup.
Zjadłam go w drodze na plaże, a że jeszcze byłam głodna to kupiłam Coś i truskawkowe Oreo-pycha! a Cos okazało sie słdkim mlekiem- tez pycha.
Drugie śniadanie zjadłam na plaży.
Moje stopy na plaży po porannym moczeniu sie w wannie.
A tutaj spędziłam reszte dnia....aż do późnej nocy i dicha....Widok w lewo...
Widok w prawo:)

czwartek, 9 lutego 2012

Ko Chang.

6 godzin w busie, godzina na promie i oto jestem. Ko Chang - wyspa raj, Lonely Beach...cicha i z dala od turystów- tak jak lubię:) Pobędę tu kilka dni, może motorek, może pooglądam słonie, może poplażuje....no coś tam porobię:) i przedewszytkim dam szanse Tajladni się polubić.

Sobie płynę....
Basic chatki.
Moj szałas i ja przed nim...:)

Kibelo/prysznic.

Widok z domku-dobrze!:)
Plaża obok.

A teraz tutaj sobie siedzę....

środa, 8 lutego 2012

Bkk.

Bangkok, połaziłam sobie 2 dni po tym mieście i pomimo tego, że jest ładne bardzo dobrze zorganziowane, jest pyszne jedzenie i generalnie wszystko czego ci potrzeba-nie czuję się tutaj dobrze. Dlatego jutro jadę na Ko Chang, wyspę kolo Kambodzy.

Ogólnie wszystko  można tu bardzo łatwo załatwić, agencje turystyczne dają rade i nawet się to opłaca. Jutro o 8.00 rano przyjedzie po mnie minibusik, którym pojadę 6 godzin, tam będzie prom, który weźmie mnie na wyspę…Tam zobaczymy co znajdę do spania, bo szczyt sezonu i niby może być ciężko, no ale dla jednej osoby na pewno się cos znajdzie. Dla wyjaśnienia….nikt  z nikim się nie pokłócił, nikt nikogo nie miał dosyć…poprostu po 3 miesiącach podróży razem, i prawie roku wliczając Norwegie życia razem….każdy z nas zdecydował się iść w inną stronę, wiec dotychczasowe „razem” się skończyło. To chyba naturalne po tak dlugim czasie razem. Maciek jest w stanach o ile już doleciał, bo wiem ze miał długi lot z Kalkuty. Amelia z Tomkiem jada do Kambodży…a ja….hmm w sumie to nie wiem, pobędę trochę w Tajlandii, a później się zobaczy co dalej. Nie mam żadnego planu co jest lekko przerażające…nawet bardziej niż do tej pory, ale zobaczymy, odpocznę na wyspie i może na cos wpadnę….najbardziej meczące w podroży jest, nawet nie fakt ze masz wiecznie domek na plecach i musisz z nim chodzić, tylko to ze każdy nowy kraj, każde miasto, każdą wyspę musisz rozpracowywać na nowo. A ze zazwyczaj mijasz miejsca turystyczne i naciągaczy to powoli tracisz zaufanie do ludzi, co jest mega meczące….najlepiej byłoby mieć w każdym kraju na początek kogoś, kto przez pierwsze 3 dni ci opowie wszystko o danym kraju!: ) Tak mieliśmy w Indiach, a pomimo tego dowiedzieliśmy się dużo najważniejszych rzeczy po drodze, od innych podróżników – to wszystko kosztuje dużo czasu i nerwów i tej okropnej niepewności co przyniesie nowy dzień i nowe miejsce…wiem ze w Indiach na początku tez nie wiedzilam co dalej i gdzie jechać….i czułam się te 2 miesiące temu jak dziś…ale jednak wydaje mi się ze dziś mam w ogóle zero sil….do tego ten upał….wiec ta niewiedza co będzie jutro …albo olejesz to uczucie albo cie zaleje wielkim strachem i nie można na to pozwolić…zycie ze stala praca i domem za rogiem daje super fajne poczucie bezpieczeństwa, którego na codzien nie doceniasz i zazwyczaj na nie narzekasz, ooo tylko ja wiem i kilka mi bliskich osob wie jak ja bardzo na nie narzekałam…ze nuda….ze rutyna….ale brak tego psychicznego bezpieczeństwa, może być bardzo zly dla twojej głowy….ale tak to jest z ludzmi, zazwyczaj chcemy tego czego nie mamy aktualnie…..

W każdym razie pierwszy dzień wycieczki po bkk….wzięłam aparat ale z wyładowana bateria: ) mam może 3 zdjęcia: ) byłam w kilku świątyniach, które wyglądaj dużo lepiej niż w Indiach, po prostu inny zadbany klimat, dalam się tez obwieźć tuktukowi za 20 bat, czyli 2 zlote po głównych świątyniach, co jest z ich strony nacinaniem biednych turystow…o czym dowiedzilam się później od znajomych i z Loonely planet, które udało mi się tutaj kupić w antykwariacie za grosze, wiec jej mam jakiś przewodnik i jest mi z nim lepiej, może wcześniej na niego nieraz narzekałam, ze rozpisują się o najlepszej kawie, a nie ma mapek czy innych istotnych informacji, ale jednak jak go nie masz to czujesz się jak bez prawej reki….do której jednak zawsze możesz zajrzeć i cos tam ci zawsze podpowie…w każdym razie tuk tuk obwozi cie owszem po 3, 4 fajnych miejscach, po czym bierze cie tez do info turystycznej, jednej, drugiej, do salonu krawieckiego gdzie możesz uszyć sobie garnitur ?!– bo w takich właśnie miejscach dostaje kupony na paliwo za to ze przywiezie do nich turyste….zajmuje ci przez to caly dzień no i trochę nerwow…ale w sumie nie było zle….wieczorem wróciłam do siebie, czyli na Kao San- główna turystyczna ulica na której mieszkam i na która trafiłam dzięki mojej super zajebistej bratniej duszy która siedzi teraz w Meksyku i się pałacuje: )zjadłam sobie nudle z orzeszkami, tofu i innymi specjałami- mega pyszne maja tutaj jedzenie! I te owoce i szejki i wszystko noo nic tylko jesc i pic…tylko ze głownie chce się pic, a nie jeść, przez ten upal….

Dziś wstałam, zjadłam śniadanie w 7 eleven, co jest już zwyczajem, bo jest tych sklepów tutaj chyba więcej niż w usa…ciastko z tytyki i jogurt: ) i poszłam oglądać pałac…tylko ze była taka kolejka w słońcu do wejścia, ze sobie odpuściłam…poszłam dalej…za kanałem który przepływasz za 30 groszy jest piękna świątynia..w której spędziłam cale popołudnie….
Ogólnie jest tutaj dużo drożej niż w Indiach, no ale tylko w Indiach jest tak tanio…: )Ludzie poki co tez mnie nie powalają, w Indiach nieraz spędziłam dzień sama i zawsze znalazł się ktoś miły i serdeczny, tutaj nawet pani w info turystycznej wczoraj bezczelnie mówiła do mnie what, what what?!?! Aaa kurde w Indiach myślałam ze słabo z ang…ale tutaj o niebo gorzej….

No i tak sobie jestem w bkk, w Tajlandii i nie wiem co począć ze sobą dalej…niby tyle możliwości i opcji….ale nie wiem czy to kwestia mojego charakteru, czy jakiegoś przesilenia od nadmiaru wrażeń, dotychczasowych miesięcy w  podroży, ostatnich wydarzeń dot. separacji, czy nowego kraju…..no bo czuje ze sil zaczyna brakować…..ale nie dam się i wiem ze mi to przejdzie!: ) w końcu to Azja poludniowa-wschodnia- destynacja marzeń i łatwości komunikacji, masy turystów i lokalnych- tutaj musi być fajnie!: )

Tajska Wenecja.

Zlota góra w miniaturce-weszłam na sam szczyt swiatyni i mysłam ze zemdleje od upału.
 Widok z góry.
 To samo...tylko na inna część miasta.


 A to juz z dzis i wycieczka stateczkiem.
 Ooo ile ryb.







 Czerwona ja uwieczniona za pomocą samowyzwalacza:)




 Mmmm wszytkie owoce świata....

Koa San-czyli teraz tutaj jestem.

niedziela, 5 lutego 2012

Pierwsze dni w Taju.

No to jestem, Tajlandia, poki co nie wiem co powiedzieć, oprócz tego, że jest totalnie inaczej niż w Indiach- ale to oczywizm bo tylko w Indiach jest jak w Indiach-niepowtarzalnie. Spędziłam jeden dzien w bkk, teraz jestem drugi dzień w Pattaya, miejsca nikomu nie polecam, chyba ze ktos lubi go-go bary w natężeniu milion, prostytuki i towarzystwo taj-białych par. Do tego plaża o szerokości 5 metrów, albo mniej....no nie. Ogólnie szaleństwo i jest tu wszytko.
Jutro wracam stąd do bkk pobedę tam kilka dni, dam sobie czas na przystosowanie do nowego kraju i wtedy stworzę jakiś plan...Póki co jestem skołowana i ugotowana od ciepla milion!
Pomyslę gdzie jechać, czy na południe czy na północ, czy do Laosu czy Kambodzy czy moze do Birmy....sama czy z kims....no dużo opcji...co wydaje sie pewnie super zajebiste, ale po kolejnym miesiacu w podrozy czuje ze potrzebuje sie zatrzymac, pobyc w jakims cichym miejscu i pomysleć gdzie chcę dalej i o ile dalej...bo wszytko super fajnie, ale jednak dobrze miec jakis plan, z tym ze z tymi planami tez jest tak, ze jak tylko stworzę jakis to dzieje sie cos co zmienia mi wszytko i wywala do gory nogami...Myślałam ze prostsze bedzie to podróżowanie:))

środa, 1 lutego 2012

Ostatni dzień w Indiach - kieruek Tajlandia.


Na lotnisku w Kalkucie wsiadam do samolotu Air Asia, który wywiezie mnie z Indii do stolicy Tajlandii, już jutro o tej porze.
Czego będzie i/lub nie będzie mi brakować po 2 miesięcznym pobycie w kraju różnorodności, mocnego kolorytu i masy możliwości? Na pewno tego że Indie to inny kraj, tego ze każdy środek transportu w tym samoloty też  wyglądają tak, jakby przed chwilą skończyła się tu ostra biesiada, a obsługa robi wszystko, żeby nic nie robić, masa skorupek po orzeszkach na podłodze jest zawsze i wszędzie. Tego ze w tym kraju nie ma kolejek, każdy napiera na siebie i bezczelnie wpycha się, bo nawet nie mogę powiedzieć ze próbuje, on czy ona poprostu to robi: wpycha się z każdej możliwej strony na ciebie, za ciebie, przed ciebie. Tego ze wszędzie i zawsze jest tłum ludzi, którzy wrzeszczą, łapią cie za ręce i usiłują gdzieś ciągnąć, głównie na wszelkiego rodzaju usługi  począwszy od transportowych, a na hotelowych kończąc. Tego ze mówią po angielsku ale zawsze dopiero po dłuższej chwili zaczynasz rozróżniać angielskie słowa. Tego że wszystkie środki lokomocji mają tutaj tak z grubsza około 30-40 lat. Tego ze za oknem metra, busa, z rikszy czy z tuktuka zawsze widzisz te domy z dykty i różnych materiałów, które nie zawsze są materiałami budowlanymi, wszędobylskie ogromne stosy śmieci, po których hasają gromadnie dzieci, ryją chude świnie i pożywiają się jeszcze chudsze krowy. Tego ze w ruchu, na ulicy, dominuje zasada, że pierwszeństwo mają silniejsi i szybsi, a czerwone światła na skrzyżowaniu, jeśli już są to służą tylko dla ozdoby. Najważniejszy jest klakson, używany non toper. I te masy ludzi!!! Masz wrażenie, że nagle wszyscy mieszkańcy Indii zebrali się w tym samym czasie, w jednym miejscu i poruszają się w jakichś nieokreślonych kierunkach. Cały ten tłum rusza się, trąbi i zachowuje bardzo hałaśliwie. Tego ze musisz uważać na obecne wszędzie krowy i na to żeby nie być zahaczonym ich rogiem. Tego ze naprawdę co chwila ktoś cie zaczepia, chcąc ci coś sprzedać typu książka na skrzyżowaniu, dziwny samolocik na innym skrzyżowaniu, bukiet kwiatów w środku nocy również na skrzyżowaniu lub wynająć pokój tudzież po prostu pogadać i zaspokoić swoją ciekawość świata. Tego ze zawsze po wynajęciu pokoju dostajesz swoją kłódkę, żeby go zamknąć. Tego ze wynajęty pokój nieważne jakiej klasy przeważnie ma brudne ściany, brudną podłogę i taki sam sufit no i łóżko przykryte prześcieradłem, które kiedyś było białe…chyba.
Tego, że co wieczór po kolejnym dniu w głowie szumi ci od nadmiaru wrażeń, ale po jakimś czasie nabierasz wprawy, twoja uwaga staje się bardziej podzielna, zaczynasz patrzeć we wszystkie strony świata w górę bo wielka krowa lub małpa, pod nogi bo ludzkie lub krowie odchody, w każdy bok, bo ten ruch na opak i pojazdy z każdej strony…. i zaczynasz się przyzwyczajać do takiego toku dnia i życia, do tego stopnia, ze jest szansa ze wsadzona nagle w inny krajobraz będę za tym tęskniła….