poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Siedze sobie w Delhi.

Cześć!
Ostatnio zgubilam mój byle jaki aparat, więc dziś będzie bez zdjęć. Na całe szczęście już go odzyskałam, bo pomimo tego że jest taki sobie to fajnie mieć cos do klikania. W każdym razie przez całą podróż nic nie zgubiałam, a ostatnio zawsze skads czegoś zapomnę...no oby to mineło.
Obecnie mieszkam sobie w Dehli, wielkanoc spedzilam w gorach, co było super fajne, byłam kolo Sangla-miejscowości położonej u podnóża Himalajów, blisko Tybetu, więc klimat inny w nocy wręcz przymrozek, ludzie inni i ich stroje też, także bb mi się podobało!
Odkąd wróciłam mieszkam z dwoma dziewczynami, które nawet nie wiem jak to się stalo, ale stały sie moimi najlepszymi koleżankami stąd i poprostu przygarneły do siebie. Maja po 24 lata, wynajmują wspólnie mieszkanie...znaczy pokój z wiatrakiem, posadzką i prysznicem z wiadra....nie wiem dlaczego dla tutejszych inżynierów to takie trudne pociągnąć rurkę z wodą trochę wyżej niż do kolan...?!
Także tak sobie mieszkamy, chodzimy razem na zakupy, na targ, rano ja kupuje mleko, one robia pyszną kawę, uczą mnei gotować tutejsze przysmaki, piec ciapati....no jest bardzo nietypowo, ale przez to super fajnie. Do tego w tej okolicy jest wszytko....każdy możliwy sklep, szewc, pyszne jedzenie na każdym rogu, mango, papaje, melony, samosy i wiecznie się coś dzieje. Także pomimo tego że wracam do nowego domu przez wysypisko śmieci, mijam świnie i krowy to czuję się tutaj bardzo dobrze!
Niestety wiza turystyczna nie podlega przedłużeniu ani zmienie na inną...byłam w kilku urzędach, wystałam się w długich kolejkach, a raczej ścisku ludzi, bo w Indiach kolejki nie obowiązują, nie ma też systemu numerkowego, a jak jest to ustny i niczego pozytywnego nie usłyszłam, jak to że muszę wyjechać, odczekać 2 miesiące i dopiero później wrócić....złe wieści, bo w takim ukladzie mogę zostać tutaj tylko do 11 maja. Co później?!....wciąż myślę....ale póki co...rozesłałam tutaj kilka cv...i jutro mam pierwszą rozmowę o pracę!!! Także trzymamy kciuki za mnie, bo jeśli jakaś firma będzie mnie chciala wtedy mogę ubiegać sie o wizę pracowniczą i nie dość że pracować tutaj, mieć ekstra nowe doświadczenie, to jeszcze być tutaj na dłużej! A to jest to czego teraz potrzebuję, odpoczynku od tułania się, żeby nabrać sil i kolo jesieni wrócić znowu na drogę podróży.
Co do jutrzejszego dnia...to przecież mam ze sobą tylko lacie i spodenki, ale koleżanki mnei ubrały w tutejsza kurte, czyli taka naszą tunike i jutro wystapię na rozmowie w stroju lokalnym:))
Pozatym jak za pierwszym razem Dehli w ogóle mi się nie spodobało to teraz nabiera koloru, może dlatego że poznaje to miasto od nowa z osobami które je znają. Chodzimy bo pięknych parkach, botanicznych ogrodach, super marketach, a do tego każdy, każdy się uśmiecha i chce pogadać-co powoduje że nawet w najgorszy dzień w największy upał, który tu teraz panuję, twój dzień staje się jakiś lepszy.
I tak sobie tutaj żyję....wiem że częśc mojej drużyny jest w drodze do Australi-powodzenia!!!, część chyba dalej w usa...co laciek?!?! A ja....znowu tutaj, a w glowie tysiąc pomysłów....spać nie mogę przez to bo nie wiem co wybrać i co zrobić, ale chyba czas spotkać i pobyć z kims kogo znam i kto mnie zna....bo właściwie mogę kupic teraz bilet gdzie tylko chce na całym świecie....ale czy tak do końca chodzi mi teraz o miejsca, czy raczej o coś/kogoś innego?!.....więc zobaczymy jak to wyjdzie z tą pracą, ale może nastąpić jakiś nieoczekiwany zwrot akcji....ale nieważe bo jednego czego mnei ta podróz nauczyła to to, że należy planować tylko jutrzejszy dzień, czyli tylko jeden krok do przodu... z resztą inaczej się nie da....a nawet jeśli zaplanujesz coś dalej, to i tak to nie wyjdzie, a ty tylko się wściekasz, że nic nie idzie zgodnie z planem....więc miało być dookolą świata, ale póki co jest jak jest....może wygląda to na bałagan a nie podróz dookoła...ale jestem szczęśliwa, bo dużo się dzieje i codzinnie coś innego!
Do tego jutro wieczorem wsiadam znowu w tutejszy pociąg-co dziwne bo bb sie na to cieszę! i jadę na kilka dni do Varanasi, spotkać się z Suphon obgadać co i jak u niej...i u mnie, a późzneij zobaczymy, może udamy się gdzieś razem w końcu fajnie mi się z nią jeździlo.
No to tyle narazie  pozdrowienia dla wszytkich z Indi! 

czwartek, 12 kwietnia 2012

Mix zaległych filmikow.

Jezioro w Yangon-nic sie nie dzieje.
Jak na Kubie, rolujemy cygara tyle ze nie na udzie.

Hmm no za duzo tego nie ma:)

Ejj nie chca mnie w Indiach, ktos ma jakis pomysl gdzie powinnam sie udac, a moze ktos chce sie udac ze mna?!:)

środa, 11 kwietnia 2012

Pierwszy po raz drugi wpis z Indi:)

No to jestem tutaj znowu...kto by pomyślał:)
Lot z birmy udany, aczkolwiek 3 kraje w ciagu jednego dnia, bo lecialam przez bkk, to sporo.
W bangoku na przesiadke miałam tylko 2 godziny, wiec lekkie spiecie, bo Airasia raczej nigdy się nie spieszy, na bagaż zawsze czekasz za długo...ale na szczęście bramki lotu do Indi było bbb łatwo znaleźć. Weszłam na hale odlotow i tam gdzie największy tumult tam check in do Indi:) gdzie nie spojrzysz, a bkk ma spore lotnisko wszędzie kolejki, ładnie, pięknie, ludzie stoją i poprostu czekają aż przyjdzie ich kolej. Nie dotyczy to lotów do Indi...tam rzecz jasna brak kolejki, tylko ciźba ludzi wiszacych na sobie, pełno wózków na bagaż, bagażu, nikt tutaj sobie nie bierze do serca znaku ze bagaż podreczny przewiduje tylko 1 torbę-haha, wiec dolaczylam do tej zgraji ludzi i taki miałam przedsmak i powitanie w hinduskim stylu już w bkk.
Ale dobrze być spowrotem, za drugim razem już jakby nie przytlacza Cię ten cały pierdolnik, znaczy wciąż jest i to ogromny, ale jakby łatwiej go ogarnac. Wciąż przewodnia myślą w głowie jest: co jak i dlaczego i wciąż wszytko dziwi...ale szum w głowie jakby mniejszy.
W każdym razie z rzeczy najwaznijeszych, dolecialam, naprawialam kompka-w ciagu 10 minut serwis z siedziba na ulicznym straganie wymienił wszytko co było uszkodzone-extra! Zrobiłam pranie w pralni której szukałam 2 godziny, zakupilam wszytko co się kończyło i teraz odpoczywam. Tyle ze z tylu głowy wciąż mam ta myśl...co dalej-mogłaby mi dać spokój na kilka dni....

Tak wygladał poturbowany przez stopa kompek...dobrze ze to juz za nami...:)
W Birmie wiszaca zapalniczke mozna spotkac wszędzie:)
Po 12 godz w busie, spaniu na dworcu czas na sniadanie niespodzianka w jak sie pozniej okaze mojej ulubionej knajpie, cokolwiek jadlam tak mi zasmakowalo ze jadlam to kolejne 3 dni.



Dziś juz mija tydzien odkad znowu tu jestem, bylam juz w górach, takze swieta bez kolorowego jaja ale za to z widokiem na zasniezone Himalaje:)
Co dalej?!....to chyba za trudne pytanie jak na dziś....Poki co mieszkam sobie z dwoma dziewczynami stad w Delhi, sa super fajne i ich goscinnosc nie zna granic, chcą mi pomoc znalezc prace i zaproponowaly wspolne mieszkanie...hmm ciekawa opcja....więc mysle czy i jak przedluzyc tutejsza wize....jelsi sie bedzie dalo to zostane tutaj na dluzej, moze nawet faktycznie popracuje-to by bylo cos nowego i na pewno ciekawe doswiadczenie!:) a jak nie pozwola mi zostac, to moze Nepal i roofing, a moze cos innego....generalnie czekam na inspiracje i jakis pomysl. Tymczasem za tydzien jade do Varanasi, ktore ostatnio ominełam. Tam spotkam sie z Supon-takze znowu podroze i wspolne zycie na podlodze u kogos w domu - przed nami:) Ale najpierw musze kupic bilet na pocag, co wiemy w Delhi i ogolnie Indaich proste nie jest:)

Inle Lake-zdjecia, na filmiki za słaby net, wiec innym razem.

Sabine, Suphan i ja w poszukiwaniu domku.
Po 12 godz w lokalnym busie-sama nie wiem z czego sie ciesze, chyba z nowego kapelusza.
Wspomniany wcześniej bus makabra do Inle lake, okien ani drzwi nie ma, ludzie siedza na plastikowych zydelkach ale tivik musi byc.
Michal i Mark na dachu...ja w srodku....bez komentarza...


Główna ulica w Inle po zachodzie słońca.
Nowy dzien, nowe siły idziemy szukac łódki.
Ooo jest jakaś....:)
Tu znowu idziemy...
Urocze zalepianie dziur w drodze.
Ja na łódce:)
My wśród pływających ogrodów.
Sobie płyniemy...

Lansiarskie kamizelki marki GAP.
Poczatek dnia na jeziorze, wygodne krzesla, wiatr we wlosach-bedzie extra dzien.
Się rozwaliłam.
Wszytko nosimy na glowach.
Wszedzie kurz i pyl i czasem bydlo.
Wspolnie budujemy lepsze jutro.
Witamy na Inle lake.
Wioska na wodzie.
Wioska kobiet z dlugimi szyjami, a wlasciwie 3 kobiety z dlugimi szyjami.
Poranne mycie.
Walimy bambusowa palka w wode zeby nagonic ryby do sieci.
Poprostu duzo czosnku na ziemi.
Plywajace ogrody, zapach ziol niesamowity.
Nie ma na kapelusz, to recznik tez bedzie...chyba ze to taka moda tutaj- nie zbadalam tego tematu.
Nam sie grac nie chce.
Najbardziej znane miejsce na jeziorze, swiatynia z latajacymi kotami. skacza przez obrecz moze na 20 cm i to tylko jak uda sie je dobudzic.
Michal w cos gra, czy cos wygral chyba nie.
Michal i nasz kapitan.
Masaa mnichów.
Ładne z masy perlowej łyżeczki.
Kumple.
Inle lake-rybak.




Długie szyje, co turysta to wstawaly i pozowaly do foty.
Budujemy droge, czy poprostu transportujemy kamienie.
Apteka na targu.
A tu herbaciarnia.



Rybak na jednej nodze stoi, druga steruję, rekami wyciąga sieci...





















Zmasakrowane my w drodze powrotnej do Yangon.